autor artykułu: gościnnie Stanisław Bywalski – dziękuję za współpracę

artykuł przedrukowany za zgodą autora z portalu www.femia.pl

Czytając liczne wypowiedzi kobiet na forach internetowych można zauważyć, że panie prezentują w sprawie obecności ojca dziecka przy porodzie bardzo różne stanowiska. Od takich, które nie wyobrażają sobie by partner mógł im towarzyszyć, do takich, które nie dopuszczają myśli by miałoby go z nimi nie być. A co na to Panowie, moje Panie?

Jestem ojcem dwóch córek. Starsza – dziś studentka – urodziła się w końcu ery PRL-u. Poród miał miejsce w przepełnionym szpitalu, trwał niemal dobę (!) i o mało nie zakończył się tragicznie z powodu karygodnych zaniedbań personelu. Cud, że córka urodziła się żywa i zdrowa. Oczywiście nie było wówczas mowy o takich „fanaberiach” jak odwiedziny na oddziale, o uczestnictwie ojca w porodzie nie wspominając. Nawet żeby podać pacjentce paczkę z czymś do picia lub zapomnianą z domu rzeczą, trzeba było salowej wetknąć banknot do kieszenie fartucha – inaczej nie przekazała.

Młodsza córka – dziś gimnazjalistka – przyszła na świat w całkowicie odmiennych okolicznościach w połowie lat 90-tych.  Poród rodzinny, w komfortowych warunkach. Pełna kultura, zero stresu, intymna atmosfera, życzliwy personel…. Oczywiście uczestniczyłem w wieczornym porodzie, a nazajutrz rano wraz ze starszą córka mogłem już odwiedzić żonę i maleństwo na sali poporodowej.

Poród rodzinny wiązał się z pewnymi kosztami, jednak w granicach rozsądku – i nie była to żadna łapówka, tylko legalna, „dobrowolna” darowizna na rzecz szpitala.

Po takich doświadczeniach mogę mieć praco do refleksji na temat obecności ojca przy porodzie.

Ojciec przy porodzie

Kobiety rodzą dzieci od tysięcy lat. Słowa Stwórcy skierowane do pramatki Ewy – „w bólu będziesz rodziła dzieci”  -   mimo postępu medycyny są aktualne także dziś. W większości kultur poród to sprawa typowo „babska”. Rodzącej pomagały najczęściej doświadczone kobiety. Z czasem wykształtował się zawód położnej, zwanej niegdyś akuszerką. Mężczyźni do tego wydarzenia rzadko bywali dopuszczani.

Dziś jest inaczej. Przede wszystkim większość porodów odbywa się na wyspecjalizowanych, szpitalnych oddziałach. W ostatnich kilkunastu latach w naszym kraju (na Zachodzie wcześniej) wykształtowała się również moda na obecność ojca przy porodzie. Właśnie – moda. A może raczej potrzeba? Czy udział ojca ma swoje realne pozytywy czy raczej jest utrudnieniem? Opowieści o personelu, który miast pomagać rodzącej musi reanimować mdlejącego tatusia, urosły już do rangi mitu.

Podobnie panowie – jedni wręcz z entuzjazmem zapatrują się na swoje uczestnictwo w tym pięknym, ale niewątpliwie trudnym wydarzeniu; inni są bardziej sceptyczni, ale dla dobra żony i dziecka gotowi są do tego; jeszcze inni są kategorycznie przeciwni.

Kobiece argumenty

Przeciwniczki obecności partnera przy porodzie przytaczają następujące argumenty:

·    Poród to wydarzenie zbyt intymne dla kobiety, by miał w nim uczestniczyć ktoś spoza fachowego personelu. Maż nie towarzyszy mi przy czynnościach fizjologicznych i byłoby krępujące, gdyby miał oglądać jak rodzę.
·    Gdyby zobaczył całą fizjologię porodu, krew, pot, wysiłek, płyny fizjologiczne, a być może także odchody (rodząca nie jest w stanie kontrolować swoich odruchów fizjologicznych),  przestałby mnie postrzegać jako kobietę atrakcyjną seksualnie, a być może nawet nabrałby do mnie obrzydzenia.
·    Podczas porodu mogę stracić kontrolę nad sobą, kląć wrzeszczeć, wyzywać… Personel jest do tego przyzwyczajony, ale dla męża byłoby to trudne do zaakceptowania.

Natomiast zwolenniczki argumentują że:

·    Narodziny dziecka to sprawa obojga rodziców. Co prawda natura sprawiła tak, że rodzi matka, ale ojciec powinien jej w tym pomagać i wspierać. Chodzi nie tylko o fizyczną pomoc – masowanie pleców, ocieranie potu z twarzy, zwilżanie ust itp. Bardziej o wsparcie psychiczne, rozmowę, zapewnienie poczucia bliskości.
·    Udział w porodzie to sprawdzian dojrzałości mężczyzny, jego oddania i miłości której kobieta ma prawo oczekiwać. Dlaczego w tym trudnym momencie mam być zdana na życzliwość (lub jej brak) obcych ludzi bez wsparcia najbliższej osoby?
·    Ślubowaliśmy być z sobą „na dobre i na złe; w zdrowiu i chorobie”.  Jeśli ktoś prawdziwie i dojrzale kocha współmałżonka to fizjologia nie jest w tym przeszkodą. Odnosi się to nie tylko porodu, ale także np. opieki w ciężkiej chorobie i dotyczy obojga.
·    Udział w porodzie dodatkowo zwiąże ojca z dzieckiem uczuciowo i emocjonalnie. Spowoduje, że nie będzie on w przyszłości unikał swoich ojcowskich obowiązków spychając ciężar wychowania na matkę.

Zdarzają się też mamy, które wybierają wersje pośrednie. Np. chcą, aby mąż był w pierwszych fazach porodu, ale przed finałem akcji opuścił salę. Może być również przez cały czas, ale zajmował się tylko górnymi partiami ciała żony nie interesując się tym, co się dzieje w dolnych.

Męskie zdanie

Argumenty na „nie”

·    Poród to sprawa kobiety – nie widzę powodu w nim uczestniczyć. Od pomagania i opieki jest fachowy personel, lekarze, położne …
·    W moim środowisku takie praktyki są uznawane z niemęskie. Koledzy by się ze mnie naśmiewali. Wolę mrozić wódeczkę czekając na wieści ze szpitala i jak już będzie po wszystkim, zaprosić ich na tradycyjną „pępkówkę”.
·    Obawiam się, że widok damsko-dziecięcych bebechów nie jest ciekawy i wolałbym tego uniknąć. Nie towarzyszy się przecież nikomu bliskiemu np. przy operacji wyrostka. Poród to rzecz dla medyków.

A może jednak?:

·    Kocham żonę i nasze dziecko i chcę być przy nich w tym jakże ważnym momencie
·    Chcę żonę na ile możliwe uchronić przed złym traktowaniem w szpitalu, które nie należy do rzadkości
·    Chcę poznać czym jest „cud narodzin” i przeżyć tę wzruszającą chwilę gdy nasze maleństwo pojawi się na świecie.
·    Chcę się sprawdzić, czy potrafię stawić czoła wyzwaniu. Skoro kobiety to przeżywają  – choć to dla nich o wiele trudniejsze, to dlaczego nie ja?

Czy jakieś argumenty zostały pominięte?

Wspólna decyzja

Decyzję dotyczącą porodu każda para powinna podjąć sama. Ważne, aby była to decyzja wspólna. Jeśli są zgodni – decyzja jest zawsze słuszna. Gorzej, gdy pojawią się rozbieżności. Wtedy zostaje drogą rozmów i argumentacji dojść do jakiegoś konsensusu.  Brak porozumienia, narzucenie woli jednej ze stron, może położyć się cieniem na przyszłości związku. Podobnie jak błędna, podjęta pochopnie, bez należytego rozeznania sytuacji decyzja. W przypadku rozbieżności nie do pokonania uważam, że ostateczna decyzja powinna należeć do kobiety. To ona przecież jest główną bohaterką tego wydarzenia.

Gdy żona po raz wtóry (a właściwie trzeci, bo jedna ciąża zakończyła się poronieniem) znalazła się w stanie błogosławionym, od początku chciała bym towarzyszył jej przy porodzie. Początkowo, jako  konserwatysta z natury, byłem niechętny. Nie miałem oporów natury estetycznej, ale uważałem to za nowomodę. Gdy jednak zacząłem czytać relacje niektórych kobiet z przeżyć na porodówkach, które się pojawiały przy okazji akcji społecznej na temat warunków porodów w polskich szpitalach, zmieniłem zdanie i dziś jestem z tego bardzo zadowolony.  Przekonałem się, że obecność ojca zmienia szpitalne obyczaje, które wówczas bywały (i nadal niestety bywają) skandaliczne. Dzięki mojej obecności żona urodziła w miłej, bezstresowej atmosferze. I to uważam za największy pozytyw. Ja sam przeżyłem poród bardzo dobrze i gdybym znalazł się ponownie w takiej sytuacji (co raczej mi już nie grozi) nie wahałbym się ani chwili.